Opisałem właśnie wycieczkę na Gran Canarię.
To czwarta z wysp archipelagu Wysp Kanaryjskich, którą mieliśmy okazję odwiedzić. W skrócie, to góry, góry i góry 🙂

Blog Ireny, Olgi i Tomka
Opisałem właśnie wycieczkę na Gran Canarię.
To czwarta z wysp archipelagu Wysp Kanaryjskich, którą mieliśmy okazję odwiedzić. W skrócie, to góry, góry i góry 🙂
Jako, że pora akurat właściwa na lepienie uszek do barszczu i pieczenie ciasta, idąc pod prąd postanowiłem powspominać Dolny Śląsk. I okolice.
Zatrzymywaliśmy się w zajeździe Pod Zielonym Jajem, prowadzonym przez miłośnika Land Roverów. I osoba, i miejsce, i okolica warte polecenia.
Dwie nasze wizyty opisane są tu: Pod Zielonym Jajem – 2013 oraz Wzdłuż południowej granicy – 2015
Część dróg, w szczególności niektóre mosty i tunele, jest w Norwegii płatna. System opłat jest inny, niż u nas. Opłaty naliczane są automatycznie, poprzez system kamer, za przejazd płatnymi odcinkami. Potem należy tylko opłacić rachunek.
Żeby sobie ułatwić życie warto założyć konto w portalu https://www.epcplc.com/ i podać numer rejestracyjny auta. Po wycieczce dostaniemy ładne zestawienie płatnych odcinków, serię fotek auta i rachunek do opłacenia.

Opłaty za poszczególne odcinki są różne – od 20 koron (jakieś 10 zł) za fragmenty obwodnic, po 100 koron za przejazd długim tunelem czy mostem. Długi tunel to w realiach Norweskich np. Jondal Tunnel, który ma ponad 10 km czy Folgefonna Tunnel – ponad 11 km. A są dłuższe. Tych krótszy, po kilkaset metrów, nawet nie ma co liczyć.
Dodatkowo trzeba policzyć opłaty za promy. Za przeprawy promowe płaci się od ręki, przy wjeździe za prom. Kosztują po kilkadziesiąt koron, pływają szybko i regularnie.
Będąc w Budapeszcie zwróciliśmy uwagę na pokrywki studzienek w chodnikach. Tyle wzorów i kolorów, że się w głowie kręci.









Zabawne, prawda? W dodatku na każdej ktoś stoi…
W czasie jednej z wizyt na Teneryfie lokalny przewodnik opowiedział nam o ciekawostce, dotyczącej rosnących tam sosen. Drzewa zaadoptowały się do regularnych wybuchów wulkanów. Wykształciły specjalną budowę kory, która jest bardzo zbita i zawiera niewiele pęcherzyków powierza. W efekcie pień takiej sosny pali się bardzo trudno, nawet zalany lawą z wulkanu!

W trakcie wizyty na wulkanie Chinyero widzieliśmy ten fenomen na żywo. W czasie erupcji kilka lat wcześniej wulkan zalał lawą całą sporą dolinę. Żużel jest jeszcze bardzo świeży. Widać wyraźnie, że lawa sięgnęła wielu drzew a niektóre nawet opłynęła. Pomimo to pnie nie spłonęły. Spaliły się jedynie cienkie gałęzie, ale te odrastają.


Klocki Lego widział pewnie każdy. Legoland to park rozrywki położony obok macierzystej fabryki tych zabawek. Jak na Lego przystało w większości zbudowany jest właśnie z klocków. Są oczywiście metalowe karuzele czy plastikowe zjeżdżalnie, ale większość atrakcji zbudowano z małych elementów, którymi można bawić się w domu.

W parku rozrywki pełno jest modeli miast czy znanych budowali. Jest Statua Wolności i prom kosmiczny. Są holenderskie wiatraki i kanały



Dzieci mogą oczywiście bawić się również w inny sposób. Są karuzele, kolejki itp.

W Legolandzie jest również potężne oceanarium z mnóstwem ryb (prawdziwych), skarbów (z klocków) oraz nurków i łodzi podwodnych (też z klocków).


Można nawet spotkać prawdziwego wikinga.

Będąc na wchodzącej w skład Wysp Kanaryjskich Fuertaventurze wybraliśmy się w objazdową wycieczkę. Wyspa nie jest duża a w ciekawe miejsca można dojechać dobrymi drogami.




W trakcie wycieczki trafiliśmy do Puertito de los Molinos. Chciałbym je nazwać osadą, ale to raczej trzy baraki i winnica. Prowadzi do niej, i tylko tam, spory kawałek świetnej drogi asfaltowej. Wydało się nam to dziwne, dopóki nie spróbowaliśmy wina z Los Molinos. Warto było budować drogę! A dodatkowo wino lokalne jest dostępne w sklepach w cenie około 1 Euro za butelkę. Woda mineralna bywa droższa.


Park Narodowy Timanfaya (hiszp. Parque Nacional de Timanfaya) to leżący na Lanzarote teren wielkiej erupcji wulkanicznej z XVIII w. W ciągu 6 lat erupcji z kilkuset małych wulkanów wypłynęły rzeki lawy, zalewając sporą część wyspy. Wyspa była wtedy oczywiście zamieszkana, działało rolnictwo, uprawiano winorośl. Dla mieszkańców wybuchy wulkanów były katastrofą. Do tej pory można znaleźć winnice, w których krzewy winogronowe rosną w dwumetrowych dołkach, wygrzebanych przez rolników w wulkanicznej lawie.
Symbolem wyspy jest figurka diabła, wymyślona przez Cesara Manrique.

Sam park nazywany jest czasem Górami Ognia (Montañas del Fuego). My używaliśmy nazwy „spacerować po księżycu”, wymyślonej przez lokalnego przewodnika wycieczek, z którym zwiedzaliśmy okolice. Ogólnie teren parku jest ściśle chroniony. Prowadzą przez niego bardzo nieliczne drogi asfaltowe, z których nie można zjeżdżać. Większość standardowych wycieczek kończy się i zaczyna w restauracji El diablo w środku parku. My wybraliśmy inną opcję. Wraz z przewodnikiem przemierzyliśmy pieszo kilkukilometrową trasę po parku i jego wulkanach.





Wycieczkę po wulkanach organizował przewodnik z CanaryTrekking. Polecamy!
Poniżej jest trasa, którą przejechaliśmy w 2018.
Start z Warszawy, do Hansa Park w Niemczech. Potem Hirtshals w Danii i prom do norweskiego Kristiansand. Dalej Preikestolen, Lyse Fjord. I na północ.
Na tracku oznaczone są ciekawe miejsca – lodowce, wodospady itp.
Mieliśmy dotrzeć sporo dalej, ale na wysokości lodowca Folgefonna stwierdziliśmy, że nie ma sensu walczyć z ustawicznym deszczem i zrezygnowaliśmy z dalszej jazdy na północ. Jeszcze tam wrócimy.
Byliśmy za to w Oslo, Kopenhadze oraz duńskiej wyspie Mon.
Jadąc do Norwegii mocno zastanawialiśmy się czy będzie tam dobra pogoda. Z racji długości naszego urlopu i wielkości tego kraju (popatrzcie na mapę, ale z południa na północ Norwegii jest ponad 1 500 km!) postanowiliśmy ograniczyć wycieczkę do rejonu Bergen. Jest tam mnóstwo atrakcji turystycznych, więc uznaliśmy, że na pierwszy raz wystarczy.

Analiza informacji o typowej pogodzie pokazała, że padać będzie sporo. Większość dni z deszczem, ale zgodnie z informacjami deszcze miały być „przelotne”.
Ok, teraz już wiemy. Rejon Bergen jest jednym z najbardziej deszczowych rejonów Europy. „Przelotność” deszczu polega na tym, że rzeczywiście przeleci. Po 2 dniach ciągłej mżawki. I na 15 minut 🙂
Jeżeli wybieracie się w ten rejon, to nie zapomnijcie o porządnych ubraniach turystycznych. My mieliśmy oczywiście buty trekingowe, kurtki nieprzemakalne itp. To za mało. Potrzebny jest naprawdę solidny sprzęt turystyczny, oddychający i szybkoschnący. I to najlepiej z nadmiarem. Inaczej wycieczka kończy się podziwianiem Norwegii z okna przyczepy campingowej bądź smętnym pobytem w mokrym namiocie.
